onet.pl PATRONAT
Dzieła w komnacie
Napisz do mnie
Napisz do mnie
Komnata sztuk wszelkich

Powr�t
Komnata Sztuk Wszelkich 289: Almie - „Nikt jeszcze nie słyszał.”
„... oto żyję w różnych czasach, nie istniejący boleśnie nieruchomy
i boleśnie ruchliwy ...”
[Z. Herbert – „Czas”]

Nikt jeszcze nie słyszał o Dantem, Petrarce czy Boccaccio. To co stworzono w odległych, pogańskich wiekach – z pozoru wydawało się zapomniane, pełne zła jako diabelskie dzieła. Ale był to czas pozorów.
Był rok 1292.

„Mistrz i Małgorzata” rodził się dopiero w umyśle Michaiła Bułhakowa. Witold Gombrowicz nie napisał jeszcze „Ferdydurke”. Nie wyemigrował póki co z Polski.
Ludzie jeździli samochodami. Wzbijali się w powietrze. Rozmawiali przez telefon. Chodzili do kina.
Był rok 1929.

Żyła pod koniec XIII wieku.
Czas krucjat już bezpowrotnie minął. W Ziemi Świętej trwały ostatnie walki. Nie przynosiły jednak nic nowego. To co stworzono było zbyt miałkie by przetrwać. Wyprawy, co do których pokładano tak wielkie nadzieje. Krucjaty, największa przygoda ich czasów ...
Był to dziwny czas pełen sprzeczności. Monstegur. Katarzy. Chrześcijaństwo. Św. Graal. Pielgrzymki. Zakony. Święci. Mistycyzm. Wszechpotężny Kościół. Walki na tronie Piotrowym. Świętopietrze. Gotyk. Strzeliste katedry. Gargulce. Uniwersytety. Starożytne dzieła skryte w bibliotekach. Filozofia. Szalejące epidemie. Rozwój handlu. Rzemiosło. Hanza. Pańszczyzna. Feudalizm. Epos rycerski. Rycerze i turnieje. Rozdrobnienie polityczne. Walki polityczne. Wojny. Wielkie królestwa Najazdy plemion ze Wschodu. Niezwykłe opowieści Marco Polo. Strach. Chaos. Hordy wilków w lasach. Magia i nauka. Wilkołaki i wampiry ...

Był koniec lata 1929 roku.
Polski odzyskany śmietnik liczył sobie 289 km2 i jakoś płynął – lepiej bądź też gorzej – na wspólnej europejskiej łajbie. Premierem został parę miesięcy temu Kazimierz Świtalski. Prezydent Mościcki swą funkcję sprawować będzie jeszcze przez najbliższe 10 lat. Sanacja od paru lat miała się coraz lepiej. Do Berezy Kartuskiej nikogo jeszcze nie wysyłano. Za to kilka ładnych lat temu pewnego majowego dnia warszawiacy byli świadkami zamachu stanu. Pewien pan z wąsikiem napisał już „Mein Kampf”, inny - we Włoszech – kazał nazywać się „duce”, w ZSRR głód i kołchozy, a w Turcji panował niepodzielnie niejaki pan Mustafa Kemal Pasza. Olimpiada w Amsterdamie w 1928. Konstytucja marcowa w Polsce. Wcielenie Wileńszczyzny. Powstanie na Śląsku. Plebiscyty tu i ówdzie. Wolne Miasto Gdańsk. Bolszewizm. Bitwa warszawska. Traktat w Rapallo. Odkrycia w dalekim Luksorze. Miejsce Benedykta V zajął Pius XI. Zmarł już Proust, Kafka, Żeromski, Reymont. Ten ostatni wcale nie był zadowolony z otrzymanej Nagrody Nobla. Nie żyje Gabriela Zapolska. Włodzimierz Ilijicz. I Feliks Dzierżyński też. Rudolf Valentino również. Triumfy świeci Charlie Chaplin. Znana jest już Greta Garbo. F. Murnau wyreżyserował już „Nosferatu”. Futuryści. Formiści. Dadaiści. Witkacy. Skamander. Jazz. Fokstrot. Charleston.
A na Zachodzie – bez zmian.

Jak to jest mieć zawsze 18 lat bez względu na mijający czas? Miała 18 lat, zawsze tak mówiła. Bo co innego miała odpowiadać? Że pamięta czasy końca XIII wieku? Miała powiedzieć prawdę? „Urodziłam się w 1274 roku. W 1292, jak miałam 18 lat, stałam się wampirem. Teraz mam 655 lat, z czego 637 jako wampir. Proszę się nie przejmować.” Uznano by ją za wariatkę, mimo, że był już XX wiek. Wciąż niby taka sama, nic się przecież nie zestarzała. Zmiana była bardziej wewnętrzna. Przynajmniej fizycznie. Przynajmniej z pozoru. Zmiana była niedostrzegalna na pierwszy rzut oka. Sposób, szybkość poruszania. Ciemność nocy zamiast światła dnia. Widziała więcej niż inni ludzie. Inni ludzie? Przecież ona od dawna nie była człowiekiem. Stała się istotą nocną, która budziła grozę. Wysysała krew ludzką, która była jej niezbędna. Nie lubiła określenia potwór. Nawet gdy wysysała z ludzi krew – kierowała się pewnymi zasadami. Była wampirem – ale nie byle jakim, niemyślącym stworem. Stała się istotą inteligentną, mądrą. Może właśnie dopiero wtedy dostała taką szansę. Mimo to nie zapomniała jak to jest człowiekiem. Przynajmniej tak jej się wydawało. Choć wiedziała, że jej prawdziwe życie zaczęło dopiero od chwili, kiedy stała się wampirem. Ale lepiej od ludzi jej ówczesnych umiała ocenić to co się dzieje wokół. Wcześniej niż inni, jakimś szóstym zmysłem, a może nabytym doświadczeniem umiała poczuć powiew zmian. Czuła lekki wiatr zmian. A przecież był dopiero rok 1929. Największe burze ostatnich lat już przegrzmiały. Następne dopiero się zbierały by dać kolejny koncert. Znaleźli się w swej wędrówce na połowie czasu.

Jej życie jako człowieka było bardzo krótkie. Było nijakie, szare, bezbarwne. Dopiero później się zmieniło. Nabrało barw, głębi. Gdy zamieniła się w wampira.
Kim ona właściwie była? Była dziś kimś wymyślonym. Wymyślonym by w pewien sposób istnieć. Wampiry przecież nie istnieją w blasku elektryczności. Są zduszone racjonalną tyradą naukowca. Była istotą o wymyślonym nazwisku. Życiorysie. Rodzinie. Pochodzeniu. Jej życie było jednym wielkim kłamstwem. Tylko imię to samo jej pozostało. Jedyna pamiątka po zwykłym życiu. Pochodziła z małej wsi gdzieś na Mazowszu. Tamten świat coraz bardziej zaciera się w jej pamięci. Pochodziła z wielodzietnej rodziny. Gdy miała 14 lat, rodzice oddali ją do pobliskiego zakonu. Właściwie właśnie wtedy widziała się z rodziną ostatni raz. Potem zbyt wiele się zmieniło. Fakt jej zniknięcia – parę lat później – zakonnice tłumaczyły mocami diabelskimi.
W zakonie było jej lepiej. Wszystko zdawało się być lepsze od tego życia we wsi. Nie miała najlepszych wspomnień z rodzinnego domu. W zakonie raz na jakiś czas usłyszała dobre słowo. Ktoś się czasem zainteresował. Tu przynajmniej miała w miarę regularnie co jeść. Nie było jej zimno. Miała gdzie spać. Rygor zakonny bywał czasem uciążliwy, ale dawało się to znieść. Przechodziła kolejne etapu zakonnego życia. Zakon stał się jej życiem całym światem. Nie tęskniła za wsią, za tym, co zostawiła. Bo zresztą i innego świata nie znała. Nigdy nie ruszała się daleko poza wieś. Najdalszą jej wyprawą był wyjazd do zakonu.
Jakaś zakonnica, która ją polubiła, nauczyła ją czytać i pisać. Nagle okazało się, że świat jest o wiele większy niż jej się zdawało. Wielki, skomplikowany i pełen tajemnic. Docierało do niej, że jest tylko zwykłą wieśniaczką z małej wsi. Nie miała pojęcia o wielkim świecie ani o prawach, które się nim rządziły.
Marysia nigdy nie czuła powołania do życia zakonnego. A mimo to prowadziła takie życie przez 4 kolejne lata. Odpowiadała jej ta rola, którą narzucił jej los – a może ktoś inny? Żyła jednak rytmem zgodnym z tym jaki prowadziły zakonnice. Marysia nadal była nieśmiała. Nieśmiała wobec ludzi. Nie bała się jednak tego czego bali się inni. Zdawało jej się, że zakonnice są takie strachliwe. Nie bała się ciemności nocy, tego co niezwykłe. Przywykła jednocześnie do prowadzonego trybu życia. Tak jej się przynajmniej pozornie zdawało. Dzień wyznaczał rytm modlitwy. A ona miała też swoje zajęcia. Tak wiele nauczyła się od zakonnic. Umiała czytać, pisać, rachować. Bo potem z ciekawości, już sama, nocą, w ukryciu czasem skradała się do biblioteki. Tam zaglądała do ksiąg, które zakonnice zabraniały jej czytać. Czytać – nawet dotykać, nawet pomyśleć o nich. Czasem okazywało się, że ona wie coś więcej niż zakonnica. Ale nie wyrywała się z tą wiedzą, czaiła się, ukrywała. Musiała to robić, inaczej zakonnice uznałyby ją za diabła wcielonego. W zakonie Marysia nauczyła się jeszcze jednej rzeczy. Ukrywać swoje prawdziwe myśli. Udawać kogoś zupełnie innego niż była w rzeczywistości. Gdyby zakonnic wiedziały co jej się czasem kołacze po głowie ... wiedziała, że źle by się dla niej to skończyło. Wiedziała, że robi źle, ale wolała milczeć. Nikomu nie zdradzała swoich tajemnic. Zakonnice uważały, że nie ma zbyt wielkiego pojęcia o tym co dzieje się wokół. Rozmawiały dość swobodnie w jej obecności. Sądziły, że niewiele rozumie z ich rozmów. Nawet nie wiedziały jak bardzo się myliły. Tymczasem ona ciągle się zmieniała. A zakonnice tego nie dostrzegały. Ciągnęło ją czasem w świat. Zaczęła nudzić się w murach zakonu. Ją ciągnęło gdzieś daleko. Chciała zobaczyć to czego nie widzieli inni. Udać się na koniec świata, za dalekie morza. Bo przecież były inne światy niż ten. Pogodziła się jednak z tym, ze resztę życia spędzi w murach zakonu. Bo jak miała sobie poradzić taka dziewczyna jak ona w wielkim świecie? Czasy wciąż nie sprzyjały takim jak ona. Mogła tylko czasem w ukryciu poczytać jakiś wolumin z biblioteki. Chyłkiem wymknąć się z zakonu. Snuła się po okolicznych lasach głównie nocami. Nie bała się wyruszać na te krótkie nocne wycieczki. Nie bała się lasu nocą. Jeśli ona nie robiła nic złego, jej też nic nie groziło. Nie bała się tych wszystkich plotek, które opowiadały zakonnice. O różnych potworach, wampirach czy wilkołakach.
Potem do zakonu przybyła Judyta. Podróżowała. Tu zatrzymała się na jakiś czas. Był początek 1292 roku. Jeszcze trwała zima. Rozstawiała inne zakonnice po kątach łącznie z opatką. Nie zważała na ustalony rytm dnia. Nie interesowało jej zupełnie, to wszystko co działo się w zakonie. Miała swoje własne sprawy. Judyta szybko zwróciła uwagę na Marysię. Odkryła przed nią kim jest. Była już wampirem od 761 lat. Marysia w ciągu paru miesięcy nauczyła się tak wiele. Zaczęła rozumieć dlaczego Judyta zachowuje się tak a nie inaczej. Zaczęła wiele rzeczy rozumieć inaczej. Judyta stała się jej nauczycielką. Tak wiele widziała, wiedziała. Marysia z zafascynowaniem jej słuchała.
Kiedyś – wiele lat później przejazdem wróciła do rodzinnej wsi. Wsi, która tak bardzo się zmieniła. Marysia nie poznała tego miejsca. Chciała zapytać o rodzinę. Powoli zapominała ich imiona. Z coraz większym trudem przypominała sobie ich twarze. Rozmywali się gdzieś we mgle. Ale nie wiedziała nawet o kogo ma już pytać. Ci, których znała poumierali już dawno. Minęło zbyt dużo czasu. Czasu dla ludzi. Bo jej wydawało się, że to tylko chwilka. Zresztą, czy teraz ta wiedza miała jakiekolwiek znaczenia? Tylko po to, żeby zaspokoić swoją ciekawość? Przyglądała się ludziom jakby chciała porównać rysy. Tylko co by jej to dało, co by to zmieniło? Odpowiedzi na nie zadane pytania.

Marysia stała się wampirem latem 1292. To była furtka do innego życia. Umiała doskonale udawać. Zakonnice niczego się nie domyślały. Były takie głupiutkie i dobroduszne. Marysia poznała życie wampira. Wiedziała teraz tak wiele. Wiedziała, że mając taką wiedzę, Judyta nie pozwoliłaby jej tak po prostu odejść. Judyta bywała nieprzyjemna, ale i zaborcza. Za wiele je łączyło. Judyta potrzebowała kogoś, kogo mogłaby uczyć. Marysia – kogoś, kto pokazałby inne światy. Obie się potrzebowały.

Judyta nigdy nie traktowała poważnie Marysi. Sądziła, że tylko ona jest kimś niezwykłym, nadzwyczajnym. Że nikt, nawet Marysia nie jest w stanie jej dorównać. Marysia wiele zawdzięczała Judycie. Ale nie wszystko. Bo Judyty już nie było. Umiała sobie radzić bez niej. Teraz to Judyta powoli odchodziła w niepamięć. Marysia stała się kimś docenianym. Należała do wampirzej elity. Znała zbyt wiele tajemnic by ją zignorować.
Wampiry istniały od zawsze. Zawsze czaiły się gdzieś z boku, w ukryciu. Umieli wtopić się w tłum ludzi. Żyli podobnie jak ludzie, upodabniali się – by przetrwać. Żyli jednak inaczej – bo byli inni. I zawsze ukrywali swoją prawdziwą tożsamość. Kłamstwo było czymś naturalnym. Zawsze w ukryciu przed promieniami słońca. Słońce było ich wrogiem. Noc była za to przyjazna, bezpieczna.
Trumna? Osikowy kołek? Krucyfiks? Srebro? Wolne żarty. Jakiś pisarz miał naprawdę szaloną wyobraźnię. Tak szaloną, że sam nie wiedział co pisze. I wyszły z tego szalone bzdury. A potem ludzie boją się wampirów. Nic dziwnego – po czymś takim. A przecież koegzystencja między ludźmi i wampirami mogła się tak dobrze układać. I jeszcze kilka lat temu ktoś wyreżyserował ten film o wampirach. Nosferatu. Marysia nie mogła powstrzymać ironicznego uśmiechu na to wspomnienie.

Jej nauczycielka – Judyta – istota, która zrobiła z niej wampira. Nawet jak na wampira, była dość ... ekscentryczna. Nawet w środowisku wampirów nie wszyscy ją tolerowali. Judyta wcale się tym nie przejmowała. Niewiele robiła sobie z ich słów. Uwielbiała dyrygować wszystkimi wokół. Marysia czasem ją wspominała. Judyty jednak już nie było. Mimo to pamiętała, że Judyta czasem opowiadała jej o sobie. Czasem się to zdarzało, choć bardzo rzadko. Ale musiała mieć do tego odpowiedni nastrój. Trochę rozczulający i jakby nostalgiczny. Zwykle oschła, milcząca, często nawet nieprzyjemna. O tym jak stała się wampirem. Ale musiała taka być. Żeby przeżyć w tamtych czasach – nie mogła być inna. Marysia czuła, że Judyta pod tą warstwą jest zupełnie inna. Czasem pokazywała swoje prawdziwe oblicze. Nie opowiadała wiele o sobie. Ale wcześniej na pewno nie była byle kim. To się dało wyczuć. Byle kto, nie bywał na dworze cesarza Bizancjum. Marysia mimo to lubiła jej słuchać. Judyta umiała opowiadać. I miała co opowiadać. Jeśli tylko chciała snuć opowieści. Czasem dawała się na to namówić. Czasem rozpoczynała opowieść z własnej inicjatywy. Bywała w tylu miejscach. Tyle widziała. Uczestniczyła w tylu zdarzeniach. Widziała to o czym inni marzyli. Gdyby chciała – miała się czym chwalić. Tylu ludzi znała, choć nie miało to dla niej żadnego znaczenia. Judyta do spraw ważnych dla ludzi podchodziła zupełnie obojętnie. Jak mawiała – to tylko ludzkie sprawy. Na otaczający ją świat patrzyła z dystansem. Zdawało się, że już niczym nie potrafi się zachwycić. Z wyjątkiem ukochanego Konstantynopola. Ale tamten Konstantynopol który pamiętała znikł w odmętach historii. W czasach, gdy Marysia była młodym wampirem, wydawało jej się to niezwykłe. Wtedy, tak bardzo zazdrościła Judycie. Wtedy jeszcze myślała, że jest czego zazdrościć. Teraz wiedziała, że nie ma już czego. Tyle, że Judyty już nie było, a ona jeszcze istniała.

„Wampirem zostałam w 530 roku – opowiadała niegdyś jej Judyta. Wcześniej byłam arystokratką z otoczenia Justyniana. Otaczał mnie przepych jakiego nie umiesz sobie wyobrazić. Śmiech, muzyka, wino, dyskusje o filozofii, literaturze. Różne kolory skóry, różne języki, różne historie. Różne statki z odległych krain przybijające do portu. Kultura grecka, całego Wschodu. Z dala od tej rzymskiej prostoty. Z nocy na noc, stałam się wampirem. Tamto życie w wielkim mieście sprzyjało nocnemu życiu. Nie musiałam się martwić, że ktoś mnie odkryje. W mieście żyły wampiry. Ale nie wiedziałam o tym dopóki nie stałam się jednym z nich. Mój wampir, który mnie stworzył przybył na statku z Aleksandrii. Pamiętał czasy pierwszych cezarów. Wyobraź to sobie. Być wampirem w 530 roku. Od tamtych czasów minęło tyle lat, że nawet nie jesteś w stanie tego pojąć ani ogarnąć umysłem.
Tyle się zmieniło od tamtych czasów. Ale zawsze najmilej wspominam tamte czasy. Powinnam już dawno wyzbyć się ludzkich uczuć. A ja jak głupia jednak wciąż rozpamiętuję tamte dni. Chyba właśnie wtedy bywałam najbardziej szczęśliwa. Pewnie, nie zrozumiesz tego co mówię. Tego co mam na myśli. Takie ulotne złudzenie. Złudzenie chwil, które dawno minęły. Ale postaraj się, pomyśl. Zamknij oczy. Konstantynopol. Hagia Sophia. Złoty Róg. Hipodrom. Pałace. Cieśnina Bosforu. Wokół morze. Ten zakątek lądu. Jest rok 530. Justynian panuje od 3 lat. Jego małżonka ma na niego duży wpływ. Teodora. Niezwykła kobieta. Dwór cesarski. Cały ten przepych. Ogromne bogactwo. Mówi się o chrześcijaństwie. Ale mnożą się różne sekty. Cesarz jest traktowany jak bóstwo. Jest rok 530. Justynian skończył prace nad swym kodeksem. To jedno z wielu jego dzieł. Rok wcześniej została zamknięta Akademia Platońska. Za 2 lata wybuchnie bunt Nika. Powstanie będzie krwawo stłumione. Władza Justyniana, jego despotyzm musiał zatriumfować. Za radą Teodory, ma się rozumieć. Justynian bał się bardziej niż czegokolwiek jednej rzeczy. Wojny domowej, która doprowadzi, że cały nasz świat się rozpadnie. Dlatego robił to, co uważał, że do niego należy. Ale wtedy ludzie jeszcze znali swoje miejsce. Niektórym, co prawda, roiły się już różne szalone sny. Ale piękna iluzja trwała.
Cesarstwo Bizancjum istnieje po dziś dzień. Ale nie jest już tym samym Cesarstwem, które ja znałam niegdyś. Tak bardzo się zmieniło. Jego czas się kończy. Świat, który znałam powoli ginie. A ja nie chcę tego oglądać.
Jedno państwo, jedna religia – tak mawiał Justynian. Wszystkich trzymał twardo. Nie mógł jednak sam jeden walczyć z całym światem. Świat Bizancjum wydawał się niezniszczalny. Był jedną z największych potęg tamtego świata. Ale był też jednocześnie słaby. Dlatego Justynian bał się wojny domowej. Że coś takiego zniszczy nas od środka. Ale i tak nasz świat powoli się kurczył. Ci wszyscy barbarzyńcy wokół. Niby było bezpiecznie, ale tylko na pozór. Chciał powiększyć Cesarstwo. Odnowić to co było. Stworzyć na powrót to co było. Nawet mu się to udawało. Zdobywał nowe ziemie. W Afryce. Na Zachodzie. Konstantynopol był środkiem świata. Rzym stał się zbieraniną gruzu.
Gdybyś mogła wtedy zobaczyć Konstantynopol. Gdybyś mogła zobaczyć Hagię Sophię. Tamtą Hagię Sophię z 530 roku. Miasto kwitło, tętniło życiem.
Wiele z tego co było, już nie ma. Wiesz, że byłam w Atenach, a Tessalonice, w Efezie. Potem – jeszcze dalej. Dalej, coraz dalej. Zwiedziłam kawał świata. Nawet nie masz pojęcia jak dużo. Nie patrz tak na mnie. Wiem, że te nazwy brzmią ci obco. Pewnie nigdy nie zawędrujesz w tamte strony. Bo gdzie ty byłaś? Widziałaś zaledwie część tego co ja. Nie ... przecież ty nic nie widziałaś. Gdzie mogła być taka wieśniaczka z takiej zapadłej wsi jak twoja? Trafiłaś do tego zakonu, skąd nosa nie wytknęłaś. Nie masz pojęcia o tym co jest wokół. Zapytaj, gdzie jeszcze nie byłam ... Chyba tylko na krańcu świata. Znam grekę. Znam łacinę. Znałam samego Justyniana. Znałam różnych dostojników. Widziałam bunty, bitwy i całe wojny. Podróżowałam do odległych miast. A ty nadal jesteś prostą dziewczyną. Mimo, że dzięki mnie stałaś się wampirem. Spójrz jak wiele jest między nami. Naprawdę uważasz, że kiedyś mi dorównasz?”

„Naprawdę uważasz, że kiedyś mi dorównasz?” – spytała ją kiedyś Judyta. Teraz Marysia sądziła, że tak. Bo ona żyła tu i teraz. Nadal. Judycie nie było dane widzieć tego co widziała ona. Judyta zginęła 435 lat temu w płomieniach stosu. Wydawała się taka mądra i sprytna. A jednak los ją przechytrzył. Była wampirem 964 lata. O wiele dłużej niż inne wampiry. Z tej racji budziła ogromny respekt. Jednym z zaledwie kilku tak długo tułających się po świecie. Chyba niewiele wampirów mogło jej dorównać. A tak łatwo dała się podejść w jednym z hiszpańskich miast. Co ją powiało aż do Hiszpanii? Co takiego robiła w 1494 roku gdzieś w Kastylii? Co takiego, że dopadł ją sam Torquemada? Tak się spieszyła, chciała coś załatwić. A może i z kimś się spotkać, jak domyślała się Marysia. Judyta tak niewiele mówiła o tej podróży. Zdecydowała się niemal z nocy na noc. Nikomu nie ufała do końca, była skryta. Nawet Marysi – niby tak bliskiej się nie opowiadała. Nawet jeśli znały się te 200 lat. Nawet jeśli tyle razem przetrwały. Judyta uważała, że wszystko może rozwiązać sama. A może wiedziała, że zostało jej niewiele czasu? Mogła tylko coś powiedzieć, wytłumaczyć. Mogła inaczej to wszystko rozegrać. Bez tych wszystkich tajemnic i niedopowiedzeń. Marysia miała o potem tyle żalu. Nie musiałaby wtedy od innych zbierać strzępów informacji. I tak, nadal nic z tego nie rozumiała. Do niej potem skierowano wiele pytań. Ale i ona na wiele nie potrafiła odpowiedzieć. Dlaczego Judyta pozwoliła by Inkwizycja ją złapała? Żeby zorientowali się kim jest naprawdę? Zbyt wiele tajemnic w tej historii.

Bywały dni, okresy, kiedy Marysia czuła się tak strasznie samotna. Czasem miała tego dość – tej ciągłej pustki. Chwil, kiedy nie wiedziała już co ma ze sobą zrobić. Wystawić się na promienie słońca? Zawsze sama, zawsze w podróży. Dziś tutaj, jutro już gdzie indziej. Nic ją nie krępowało. Nic nie zostawiała za sobą. Było tylko to co przed nią. Każdy miał kogo. Tylko nie ona. Czasem tego żałowała. Nie sądziła, że będzie czegoś zazdrościć śmiertelnikom. A jednak było coś takiego. Jako człowiek nie zdążyła zrobić tylu rzeczy. Nie zdążyła przekonać się o wszystkim i poczuć coś więcej. Teraz, gdy była wampirem, było już na to za późno. Żal za czymś, co nigdy się nie zdarzyło.
Znała się z wampirami. Mieli swoją hierarchię. Wprowadziła ja tam dawno temu jeszcze Judyta. Dziś to ona zajęła miejsce Judyty. Marysia odcinała się od wszelkich sporów. Nie uczestniczyła w kłótniach i spiskach. Nawet między wampirami wybuchały walki. Walki, które były ogromnie krwawe. Tak bardzo, że ludzie nie umieliby sobie tego wyobrazić. Powinni trzymać się razem. Ale często wcale tak nie było. Mimo to co i rusz wybuchały kłótnie. Spokój był mącony wydarzeniami, które nie powinny mieć miejsca. Mimo to każdy wampir był samotnikiem. Byli stadem samotników i indywidualistów. Zawsze „ja”, bardzo rzadko, prawie nigdy „my”. Nikt nie był im specjalnie potrzebny do towarzystwa. Marysia była wampirem. Jednym z wielu rozsianych tu i tam po świecie. Raz na jakiś czas spotykała któregoś z nich. Kogoś ze swojego gatunku. Gatunku, który wymierał. Coraz mniej było prawdziwych wampirów. Z ludźmi nie zawierała bliższych przyjaźni. Nigdzie nie zatrzymywała się na długo. Dziś tutaj, jutro w podróży w kolejne miejsce. Zresztą ludzie tak szybko odchodzili. A ona istniała nadal. Niezmiennie i tak samo. Nie chciała, żeby ktoś zainteresował się dlaczego ona w ogóle się nie zmienia. Dlaczego, choć minęło lat 50 a ona nadal ma 18. Nie chciała zawierać znajomości. Żadnych przyjaźni, tej małostkowości. Zresztą ludzie byli zbyt ciekawi. Zadawali zbyt wiele pytań.
Nigdzie nie pasowała. Wszędzie była obca. Nie miała dokąd wrócić. Nie miała swojego Konstantynopola. Nie miała już rodziny. Zresztą czasem czuła się inna niż wszyscy. Starsza, mądrzejsza. Czasem tak bardzo wyobcowana. Patrzyła na świat wnikliwiej niż ludzie. Jak miała się inaczej czuć? Miała ponad 600. Pamiętała czasy o których ludzie zapominali.
Czasem zastanawiała się kim ona właściwie jest. Istotą błąkającą się bez celu przez kolejne stulecia? Bywały chwile, ze żałowała tego, że stała się wampirem. Mogłaby wtedy zwyczajnie przeżyć swoje życie. Zwyczajnie, żyjąc w swoim małym światku. A przecież sama tego chciała. Coś za coś. Czas przestał mieć później jakiekolwiek znaczenie. Dziesięć lat czy sto – co to za różnica?
Wiele podróżowała. W miejsca o których niegdyś nawet nie śniła. Najpierw z Judytą. Gdy jej zabrakło – zwykle sama. Czasem dołączała do jakiejś grupy wampirów. Spędzała w ich towarzystwie trochę czasu. Nigdzie długo nie zagrzała miejsca. Ale były miejsca do których czuła jakiś szczególny sentyment. Wracała jak na jakiś czas do Pragi czeskiej. Coś ją urzekło w czeskiej stolicy. Zdarzyło jej się bywać w Konstantynopolu. Snuła się powoli uliczkami. Oglądała miejsca o których opowiadała jej Judyta. Rozumiała już dlaczego tamta tak kochała to miasto.

Był koniec lata 1929 roku. Sierpień lada chwila zamienić się miał na wrzesień.
Marysia trafiła do jakiegoś miasteczka. Miasteczko nie było jej tak zupełnie obce. Była tu dwa czy trzy razy, gdy wiry historii rzucały ją tu i ówdzie. Zatrzymała się tu na jakiś czas. Czuła, że to będzie już jej ostatni przystanek.
Miasteczko było niewielkie. Marysia nie mogła liczyć tu na żadne atrakcje. Ale ona chciała teraz spokoju, szukała wyciszenia. Kościół, rynek, niewielka szkółka, jakieś zabudowania należące do władz miasta, cmentarz, kilka sklepików, fryzjer, rzemieślnicy, okoliczni chłopi, biedota. Niektórzy nadal nie mieli elektryczności. Samochód nadal był tu wielką atrakcją.
Miasteczko leżało tuż nad rzeką. Część opadała ku rzece, część wznosiła się na skarpie. Z owej skarpy był widok na okolicę, zwłaszcza na drugą stronę rzekę. Po drugiej stronie rzeki brzeg położony był znacznie niżej niż ten. Dlatego też wioski i łąki z tamtej co roku na wiosnę były mniej lub bardziej zalewane. Owa rzeka była niegdyś ważnym traktem handlowym. Miasteczko kiedyś miało duże znaczenie handlowe. Dziś już niewiele znaczyło. Coś wtedy znaczyło, ale jednocześnie było niszczone i palone przez plemiona ze Wschodu we wczesnym średniowieczu. Potem Szwedzi, Napoleon. I ostatnia wojna sprzed zaledwie paru lat. Wszystkie wojny tędy się przewalały.
Obdrapane domy już murowane na przemian z rozwalającymi się drewnianymi chatkami. Jakieś chylące się płotki. Tu na uliczkach nad samą rzeką, było biedniej. Błoto na ulicach nad rzeką, w obskurnych zakamarkach. Kocie łby na ulicach, na rynku. Przy rynku stoi kilka kamieniczek z czerwonej cegły. Nad rzeką mieszkali rybacy. Dużo flisaków, którzy zajmowali się spływem towarów nad rzeką. Prawie połowę mieszkańców stanowili Żydzi. Kilka domków letniskowych należących do inteligencji.

Dni mijały niepostrzeżenie. Lato powoli odchodziło w siną dal. W powietrzu czuć było jesień. Widać było w popołudniowym słońcu. Chyliły się ku ziemi długie cienie. Jesienne kwiaty w pełni swej urody. Fruwały pierwsze nitki babiego lata.
Nadszedł czas przymglonych poranków. Czas długich i smętnych wieczorów przy świeczce czy lampie oliwnej. Zrywu zimnego wiatru, który przenikał do kości.

Marysia lubiła snuć się po miasteczku w godzinach szarówki. Szła zwykle powolnym krokiem. Nie spieszyła się. Mijające godziny nie miały zbyt wielkiego znaczenia. Bo cóż znaczą godziny? Przyglądała się ludziom, słuchała ukradkiem strzępów ich rozmów. Chciała zapamiętać ich takimi jacy byli. To wszystko wokół. Lubiła tą porę – krótki czas szarówki. Słońce już zaszło, lecz jeszcze nie całkiem. Ostatnie promienie zasnute między chmurami. Mieszają się z pierwszą ciemnością nocy. Dzień jeszcze całkiem się nie skończył, a noc nie zaczęła. Niebo jeszcze jasne i błękitne z jednej strony, z drugiej już ciemne i granatowe, czasem straszne. Wyraźnie odbija się na nim połówka księżyca, pierwsze nieśmiałe jeszcze gwiazdy. I obie strony kuszą – ta jasna i ta ciemna.
Marysia poczuła zew. Wezwanie. Wiedziała co to znaczy. Wcześniej czy później – słyszy je każdy wampir. Postanowiła na nie odpowiedzieć. Wezwanie, które uprzedzało, kazało się przygotować. Dawało znać, że na wampira przyszła pora. Ich czas, by zakończyli swą wędrówkę po świecie. Równoległy wampirzy świat. Niektórzy z ironia mówili o tym miejscu – wampirze piekło. Wiedziała, że jest to nieuchronne, więc musiała się z tym pogodzić. Gdy znikł lęk, został tylko spokój. Coraz mniej czasu jej pozostało. Zawsze ten czas. Już nawet zaprzestała polowań. Mogła obyć się bez krwi. Z każdą nocą robiła się coraz słabsza. Mimo to – wciąż czujna. Spacerowała nocami – i czekała.
Nieśmiertelni władcy nocy. Ale bywało i tak, że i ich czas dobiegał końca. Umieć egzystować tyle stuleci – i umieć z zrezygnować z tego. Odejść. Wielu się buntowało, nie odpowiadało na wezwanie. A potem rodziły się z tego zdarzenia, które nie powinny mieć miejsca. „Nieśmiertelność to nieśmiertelność” – wyrzekali. Choć już raz umarli będąc jeszcze ludźmi. Mimo to, czas i tak ich dopadał. Nie musieli odpowiadać na wezwanie – z którym i tak później zmierzyć się musieli.

Którejś nocy – bardziej wyczuła niż wpierw zobaczyła Judytę. Obie niewidoczne już dla świata. Ludzie mijali jakby wcale ich tam nie było. Marysia zwolniła kroku. Przystanęła. Nie zważała na wszystko co działo się wokół. Świat mijał ją, a ona stała obok niego. Doczekała się i dostrzegła Judytę nadchodzącą z naprzeciwka. Zdawało się, że Judyta nic a nic się nie zmieniła, co Marysię zbytnio nie zdziwiło. Judyta podeszła do niej. Nie zamieniły ze sobą ani słowa. Nie było takiej potrzeby. Tylko wyciągnęła do niej rękę. Wokół Judyty pulsowało powietrze lekko poruszając się. Marysia tylko na chwilę jednak się zawahała. Ostatnie spojrzenie za siebie. Czując ponaglający wzrok towarzyszki zrobiła krok do przodu. Zamknęła na chwilę oczy z zapamiętanym obrazem miasteczka sprzed chwili. Poczuła, że przeniknęła do innego świata. Bo przecież były inne światy. Musiały być.
Najpierw poczuła zimny, smutno zawodzący wiatr przenikający aż do kości. Dopiero po chwili otworzyła oczy.






Powr�t