onet.pl PATRONAT
Pasjonat
Napisz do mnie
Napisz do mnie
Klub Ludzi z Pasją

Powr�t
IWONA

Witam Pani Beato.

Chciałabym opisać o swojej pasji, ale najpierw napiszę jak się ona rodziła.
Byłam normalnym dzieckiem, które pewnie rozwijało się jak większość. Mam trójkę starszego rodzeństwa (12, 11 i 8 lat starsi), które nie zawsze chciało się ze mną bawić. Próbowałam im dorównać, ale z racji, że byłam dużo młodsza nie zawsze mi to wychodziło. Zauważyłam, zresztą wszyscy, że moja siostra i brat wykazywali duży talent malarski. Podziwiałam ich obrazy jako dziecko i naśladowałam. Rodzice również mnie chwalili, także nie czułam się gorsza, ale te uzdolnienia malarskie intrygowały wszystkich w rodzinie, gdyż rodzice mieli normalne zawody, dziadkowie byli prostymi, spokojnymi ludźmi, a nas tkwił gdzieś ten duch weny twórczej.

Gdy byłam w podstawówce zastanawiałam się nad tym, co bym chciała w życiu robić. Z wszystkich przedmiotów uczyłam się dosyć dobrze i wszystkie lubiłam. Nie chciałam rezygnować z przedmiotów ścisłych i tylko w humanistyce się realizować. I na odwrót podobnie. Wszystko było ciekawe i niepokoiło mnie, że za jakiś czas będę musiała podejmować ważne decyzje.

Rodzice zachęcali mnie, żebym interesowała się czymś, ale po jakimś czasie pasje typu-zbieranie znaczków, widokówek, naklejek, karteczek, robieniu na szydełku, haftowaniu, gdy na instrumencie i wiele innych-umierały śmiercią naturalną. Wiedziałam, że uwielbiam rysować i o dziwo innym się to podobało. Jakoś nie wyobrażałam sobie życia jako malarza (czy nawet artysty), czegoś mi w tym brakowało.

I kiedyś zdarzył się moment, gdy znalazłam brakujące ogniwo. Dopiero później, po latach połączyłam to. Otóż w którejś tam klasie podstawówki, zapomniałam odrobić zadanie domowe na lekcję plastyki. Miałam do zrobienia dwa rysunki i wiedziałam, że musze je oddać. I mimo to zapomniałam. Na przerwie nie dałam rady, więc na lekcji matematyki-gdzie siedziałam w ostatniej ławce, wyciągnęłam blok i zaczęłam rysować. Lekcji oczywiście słuchałam i wtedy dotarło do mnie, że chciałabym coś w życiu robić-coś co jest związane i z rysunkiem i z plastyką. Tylko co to może być???

W ósmej klasie moje życie odwróciło się diametralnie. Otóż, najpierw zmarła moja Mama, półtorej miesiąca później moja ostatnia już Babcia, a półtorej miesiąca po Babci-mój ukochany Tata. W przeciągu trzech miesięcy straciłam ukochaną Rodzinę i całe życie straciło sens na wiele lat. Z bardzo dobrej uczennicy stałam się mierną. Dostałam się do liceum, ale tam sobie ledwie radziłam. W dodatku moim opiekunem prawnym został mój brat, którego szczerze-nie lubiłam i nie lubię. Rodzeństwo się ode mnie oddaliło, mieli swoje rodziny, a ja z bratem miałam dosłownie piekło. Powiem w skrócie-alkohol, kradzieże, rozboje, codzienne awantury, bicie. Pod koniec 4 klasy liceum pomyślałam, że muszę znaleźć sobie jakąś pasję, coś co mi pozwoli wyjść z tego środowiska, coś co będzie moim szczęśliwym sposobem na życie. Tylko co-skoro ze wszystkiego mam same dwóje, troje??? Niektórzy kręcili głowami i wróżyli mi, że powinnam szukać pracy w sklepie, albo wyjść za mąż i „chować dzieci”. Usłyszałam to nawet od mojej nauczycielki, którą ceniłam. A ja czułam, że we mnie w środku jest wulkan, że jest ogromna energia, siła, że tak wcale nie jest, że nic nie umiem. Tylko nie wiedzieć dlaczego, gdy przychodzi do odpowiedzi, to nie odpowiadam. Przecież się uczę, czytam sobie dodatkowe rzeczy, a w dzienniku jedynki, dwóje, tróje..

Takie otrzęsienie pierwsze przyszło zaraz po maturze, że muszę iść na studia, bo inaczej spełnię wizje „życzliwych” mi. Usiadłam i przez 2 tygodnie przygotowywałam się do egzaminów wstępnych na studia psychologiczne. To był wtedy mój rekord życiowy jeśli chodzi o koncentrację nad nauką. I zdałam na te studia z bardzo dobrym wynikiem-mimo dużej konkurencji i ku zdumieniu swoim i otoczenia. Ten wulkan wybuchł po raz pierwszy. Jednak gdy przyszedł rok akademicki, po kilku zajęciach-stwierdziłam, że to wszystko jest moją pomyłką. To nie było to  To nie był ten ogień, który miałam w środku. Tym bardziej chciałam oszukać samą siebie i przykładałam się do studiów, do praktyk. Szło jak z płatka, bez większych problemów. Otrzymywałam pochwały i słowa, że się w tym realizuję. Tyle, że ja nie byłam szczęśliwa. Im głębiej w tym siedziałam, tym czułam, że to nie jest TO-zajmowanie się cudzymi sprawami, wnikanie w czyjąś psychikę. Że tak naprawdę to marzę, żeby tworzyć, coś tworzyć realnego, coś co będę mogła dotknąć i będzie to namacalne, a nie zwietrzeje jak słowo. Plastyka + matematyka.

Wywróciłam swoje życie do góry nogami. Po 4 latach studiów powiedziałam wszystkim naokoło, że nie będę i nie mogę pracować w tym zawodzie, przede wszystkim nie chcę. Bo bardziej pasjonuje mnie wpatrywanie się w budynki, rysowanie, liczenie sobie rożnych rzeczy, rysowanie tego w przestrzeni. Że moją pasją jest MIX rysunku z matematyką i dla mnie tą pasją jest architektura.

Udało mi się dostać na te studia i studia te były dla mnie bardzo trudne. Wydarzyło się wtedy dużo-niekoniecznie dobrych rzeczy. Wiele razy zwątpiłam, czy jednak dobrze wybrałam, bo nie zawsze dobrze mi szło. Ale w sercu słyszałam odpowiedź-że dobrze zrobiłam. Po studiach rozpoczęłam inną pracę, wcale nie w zawodzie, dużo poniżej moich kwalifikacji. Po tych wszystkich przejściach i braku osiągnięć stwierdziłam, że nie mogę zajmować się architekturą.

Przyszedł moment, że zapytała siebie samą –dlaczego nie? Że przecież życie przede mną, że muszę się owszem – nauczyć wiele , ale przecież to jest coś, o co tak walczyłam, czego pragnęłam, to jest ten ogień w moim sercu i to mi sprawia przyjemność. Po wielu przemyśleniach, dołach, wypłakanych łzach i poczuciu bezsilności, postanowiłam, że odbiję się od „dna rozpaczy i użalania się nad sobą” i znajdę pracę w tym co sprawia mi frajdę, że będę robiła coś co mi się nie nudzi, co mogę dotknąć później i coś co będzie służyć innym ludziom.

Ten dół minął 2,5 roku temu. Zebrałam się do kupy, z dnia na dzień spakowałam się - przeprowadziłam do stolicy i znalazłam sobie pracę, pracę która jest moją pasją :) Współpracuję z najlepszymi architektami i cieszę się, że mogę się od nich uczyć i rozwijać (a przy okazji mi za to płacą ;-)

Tworzenie budowli, wymyślanie czegoś jest poją pasją. To dobrze, że sprawiało mi to trudności-dzięki temu się rozwinęłam i zrobiłam milowy postęp. Marzę, by być w tym coraz lepsza. Ta moja pasja sprawia, że czuję się lepiej sama ze sobą, że w głowie coś się ciągle rodzi, coś łączy-jakiś Boski plan. Czasami ze zwątpienia i braku nadziei może urodzić się jakiś owoc. Na pewno na to wszystko mieli wpływ ludzie, którzy się pojawiali. Cenię sobie krytykę – tę słuszną i tę wydumaną. Ona mnie mobilizowała i sprawiałam, że udowodniłam sobie, że coś potrafię, że gdy bardzo chcę, to mogę się zmobilizować do ogromnego wysiłku i coś osiągnąć-nie tylko w wymiarze materialnym, ale przede wszystkim – własnej satysfakcji, zdobyciu doświadczenia. Moja pasja, która jest jednoczenie moją pracą, sprawia, że czuję się szczęśliwa (ze strony zawodowej). Wciąż odkrywam nieznane mi lądy jeśli chodzi o architekturę i chcę je odkrywać. Po coś w końcu tu żyję ;-)

Pozdrawiam wszystkich Ludzi z Pasją i tych, którzy tej pasji szukają. Trzeba wierzyć w swoją szczęśliwą Gwiazdę!
Pozdrawiam, Iwona :)

Powr�t